Są to zapiski obejmujące
okres mojego miesięcznego pobytu w Kolonii. Miał on miejsce
w lipcu 2003, kiedy to udałem się tam, aby odbyć zagraniczną praktykę. Można
się z niego
dowiedzieć, w jaki sposób zareagowałem na odmienną od polskiej kulturę
pracy, o niektórych
obowiązkach, nieco o niemieckim prawie pracy, no i oczywiście o moim
"przygodach"
w Kolonii oraz o wszelkich znajomościach, jakie zawarłem, jedzeniu, ludziach
etc.
Zapraszam do lektury!
Z
góry uprzedzam, że styl dziennika jest bardzo dowolny i raczej osobisty. Nie
jest
to pod żadnym pozorem "dzieło" literackie gatunku. Ot moje
wspomnienia z wakacji.
Nie chciałbym, żeby ktoś poczuł się oszukany, aczkolwiek wszystko to, co wyżej
napisałem, w treści odnajdziecie.
AZUBI - to skrót
od "Auszubildender", czyli ktoś zaraz po szkole pracuje przez
dłuższy czas w firmie, dostaje za to pieniądze, poznaje obowiązki różnych
działów.
Tak naprawdę, to pracowałem tam w charakterze praktykanta. AZUBI byli moi
koledzy
i koleżanki, pracujący tam przez ponad 2 lata.
2.07.2003
3.07.2003
4.07.2003
5.07.2003
6.07.2003
8.07.2003
9.07.2003
10.07.2003
Dzisiaj mój pierwszy dzień
w pracy. Spóźniłem się. Wysiadłem o jeden przystanek
za wcześnie. Miałem być na 9, ale w końcu zjawiłem się po 10. Pani Bunse,
Pani
Lenzstch, Thomas, dr Bubenick, to nazwiska, które szczególnie mi się dziś
upamiętniły.
Ale ogólnie nie robiłem nic specjalnego. Przez 1h30 przysłuchiwałem się
rozmowie.
Odbierałem telefony. Kurcze, musiała mnie przecież nauczyć, jak mam się
przedstawić,
o co spytać, co powiedzieć! W Polsce nie odbierałem telefonów. Dzwoniły i
dzwoniły,
bez przerwy. A tutaj --> proszę odbierać telefony, to ważne! Dzwonią
znacznie
rzadziej, to fakt. I całe szczęście. Potem było śniadanie z okazji 20
urodzin Conni.
Ona tez jest AZUBI (to znaczy ona tak naprawdę jest, bo ja miałem status
praktykanta,
przyp. PS) Ja nie jestem prawdziwym AZUBI. Oni siedzą tu "od zawsze"!
Thomas np.
jest już od 2 lat. 3 miesiące szkoły i potem robota. Ale mówi, że nie dają
im nic
trudnego do roboty. Trochę odpowiedzialności tak, ale ogólnie nic trudnego.
OK,
zobaczymy. Przede mną jeszcze 20 dni pracy.
Jeżeli chodzi o miasto, to
jak na razie nie podoba mi się. Przede wszystkim jest
tu pełno Turków. Łażą, śpiewają na ulicach - to robi niesamowite wrażenie.
Nigdy
nie widziałem na ulicy w Wawie, żeby ktoś tak sobie stał w trójkę i śpiewał!
Mnóstwo wozów, głośno. Mnóstwo komunikacji: tramwaje, pociągi, autobusy. I
drogo.
W Liedlu jest tanio i tam robię zakupy. Na razie postanowiłem nie zwiedzać.
Przychodzę do domu, piję piwko, jem kolację. Dotychczas nie zjadłem
obiadu.
I chyba nie będę jadł, bo po co tracić kasę? Przyjedzie Karolina, to się
gdzieś pójdzie. W weekend planuję spacer przy Renie do centrum. Muszę zerknąć
na plan, czy w ogóle się da=)
Mam poczucie winy. Na razie
nie robię w tej pracy NIC! Płacą mi za to, że sam
się uczę. Dziś zarobiłem brutto 64,71€. To 290 PLN. Jutro będzie tyle
samo. Boże,
tyle kasy!
***
Mój drugi dzień w pracy.
Dzisiaj przyszedłem sobie na godzinę 7.45, bo stwierdziłem,
że jakoś tak średnio mi się chce siedzieć do 18, więc wyjdę sobie o
16.45. I myślę,
że znowu pójdę do domciu, bo pogoda jest paskudna.
Teraz jest już trochę później
(13.40) i pogoda się poprawiła, ale mój nastrój tak
średnio. Jakoś nie lubię odbierać telefonów i mówić tym... Niemcom, że
nie ma
akurat tej osoby, z którą chcieliby pogadać. Mam nadzieję, że jak trafię
do p.
Schroeder, to wreszcie dadzą mi coś porządnego do roboty, bo inaczej się
przecież
tu zanudzę. No jakoś po prostu nie jestem w stanie ich polubić. Widzę, że
być
może się starają, ale jakoś kiepsko im to wychodzi. Zupełnie inni ludzie niż
w Polsce. Niby lubią sobie pożartować, ale robią to ze zbędną przesadą w
głosie.
Czasami rzeczywiście powiedzą coś śmiesznego, aczkolwiek nieczęsto się to
zdarza.
Jeśli chodzi o moją bezpośrednią przełożoną, to jest OK. Jednak nie
podoba mi się,
gdy tak dziwnie na mnie patrzy. W jej wzroku, sposobie mówienia daje się wyczuć
niezwykły
dystans, czasami nawet chyba pogardę. No nie wiem, kurcze! Wcale nie czuję się
gorszy
i nie mam zamiaru znosić jakichkolwiek nieuzasadnionych uwag. Skończyły
się czasy
napieprzania na cudzoziemców. A, jeśli już przy tym jestem, to warto wspomnieć
o Georgim.
To Hindus urodzony w Niemczech i zdecydowanie najfajniejszy koleś tutaj. Na
luzie,
lubi rzucić mięskiem. Zupełnie jak w Polsce. Jako pierwszy zaproponował mi
papierosa. Oczywiście odmówiłem.
Jedno sobie jednak cenię -
spokój mianowicie. Jest cicho, nikt nie pierdoli bez
sensu, tylko po to, aby coś powiedzieć. Aczkolwiek nie wiem, czy nie wolałem
w ten sposób właśnie. Przynajmniej coś się działo. Aha, no i z wszystkimi
oprócz
Grzybowskiej byłem po imieniu. To ułatwiało komunikację... Czemu w ogóle
piszę?
Jest kilka powodów:
a) Najważniejszy to taki,
żeby się zbytnio nie "zgermanić" przez ten miesiąc. Nie mam
zamiaru zacząć myśleć po niemiecku. Dlatego, mimo że brzmi to może
dziwnie, gadam
sam do siebie, jak jestem w pokoju. Nie mogę się doczekać, aż przyjedzie
Karolina.
Będzie wreszcie z kim pogadać po polsku. Poza tym tęsknię
b) Chcę opisać, co się
tutaj naprawdę działo. Potem będzie co wspominać. To w końcu
mój pierwszt wyjazd do Niemiec na praktykę. Pierwszy i ostatni, tak sobie myślę
na
razie. No chyba, że będę potrzebował forsy. Tego z pewnością tu nie brak i
po nią
zawsze warto przyjechać.
c) Muszę pisać, bo wtedy
jestem szczery. Mogę powiedzieć prosto z mostu, to mi się podoba,
a co innego nie. W firmie sobie raczej nie ponarzekam. Bo i po co jątrzyć?
Jeszcze się
zrobią nieprzyjemni, a to mogłoby być nieciekawe, skoro już teraz są tacy,
jacy są.
BIS SPÄTER!
Aha, coś jeszcze mi się
przypomniało. Warto napisać, że oni tu nie uznają na klawiaturze
standardu QWERTY. Zamiast Y mają na tym miejscy Z. Nie zdawałem sobie sprawy,
że to tak
cholernie utrudnia pisanie. Wolę jednak wspomnieć o tym teraz, bo czuję, że
zaczynam się
przyzwyczajać i w końcu umknie to mojej uwadze. Mają poza tym dodatkowe
litery, takie jak
ü, ö, czy ä. To pracę na szczęście ułatwia.
***
No hej mój dzienniczku. To
znowu ja. Dziś przyszedłem do pracy o 8.30 i od razu
poleciałem do kibelka. Jakoś tak mnie przypiliło=), że nie mogłem się
powstrzymać. Dziś
będzie trochę inaczej, bo siedzę w biurze AZUBI razem z Thomasem. Wczoraj ucięliśmy
sobie miłą pogawędkę i muszę przyznać, iż poczułem się znacznie lepiej.
Okazało się,
że ona ma tylko 19 lat, a Conni 20. Georgi jest w moim wieku. To dodało mi
nieco
odwagi.
Dziś pracuję tylko 6
godzin, czyli do 14.30. Potem lecę do domciu, bo przychodzi
jakaś kobieta, żeby posprzątać. Raczej wolałbym przy tym być, bo skąd mam
wiedzieć, co
to za jedna? Kasy wprawdzie w domu nie zostawiłem, ale discman leży na
wierzchu, kompakty etc.
Zobaczymy, jak się dziś
dzień rozwinie. Może wreszcie będzie coś konkretnego do roboty.
Przecież nie dadzą mi się tak chyba obijać przez cały miesiąc.
No i proszę. Coś się
wreszcie dzieje. Poznałem nowego kolegę. Daniel Grube ist sein name, ha=)
Koleś specjalnie przyszedł z II piętra, aby sobie tu zajarać, bo okazuje się,
że tam
nie może. Sam byłem na początku zdziwiony, że tu tak sobie palą w pokojach.
Ale Thomas
mówi, że to zależy od ludzi, jak się dogadają. On sam nie pali. I dobrze!
***
Niemcy są jednak stuknięci.
Naprawdę. Nie ma chyba na świecie takiego drugiego narodu, który
ma podobnego pierdolca na punkcie porządku. Przyczepiła się do mnie,
Peppinghege (właścicielka
domu, w którym wynajęto mi pokój - przyp. PS), że kładę mokrą szczoteczkę
do zębów na szafie,
że stawiam tam szampon i że będę takie plamy, których potem
nie da się
usunąć. No więc OK,
powiedziałem, że będę trzymał wszystko w łazience. A ona co? Napisała mi
takie pismo, że
głowa mała. STRABAG-iem (firma, w której odbywałem praktykę - przyp. PS) mi
grozi.
Wariatka, no po prostu wariatka. "Ma Pan cały weekend, żeby się
zastanowić, czego Pan chce, ale tak
dalej być nie może." Jak niby, pytam się? No to jej odpisałem, żeby
nie przestawiała moich rzeczy
bez mojej wiedzy, i żeby mi STRABAG-iem nie groziła. Boże, wiedziałem, że
jak ktoś się tak
nazywa, to musi być kretynem!
KOLONIA
To miasto w centrum
przypomina Sodomę i Gomorę. Tak, jak gdyby ktoś wpuścił
tu wszystkie rasy świata. Na ulicach pełno pedałów. Nie, ja jednak nie mogę
na to patrzeć.
Brzydzę się! Turcy, Chińczycy, Hindusi, Arabowie, punki, skini
i mnóstwo innych przebierańców. Najmniej to jest chyba Niemców=). Nie mógłbym
tu mieszkać. Dostałbym świra!
REN

Wyszedłem o 12 i szedłem prawie 3 godziny przy Renie. Podobało mi się=) Fajny wiaterek, mało ludzi. Prawie wszyscy na rowerach, w centrum też. To mi się podoba. Zlazłem się okrutnie. Nie wiem, ile to dokładnie było, ale chyba około 12 - 13 km.
SATURN (jeden z większych sklepów muzycznych w Europie - przyp. PS)
W Saturnie jest naprawdę w
cholerę płyt! Ceny też są zróżnicowane. I-szą płytę RAGE'ów i Yieldmożna dostać za poniżej 7,5€ (35 zeta). Ja jednak kupiłem sobie
Evenescence
(13,99€ - 62 zyle). Jeszcze tu wrócę!
PORZ (nazwa dzielnicy, w której mieszkałem, czytaj PORC - przyp. PS)
W sobotę, po godzinie 16 to
miasto już nie żyje. Wszystko pozamykane. Pusto na ulicach. Autobus
co 25 - 30 minut. Udało mi się zrobić zakupy w Penny Markcie i całe szczęście,
bo jutro już
pewnie wszystko będzie zamknięte. Czekam teraz na reakcję tej Peppinghege. Na
razie cisza, ale
to może cisza przed burzą...

KOLONIA
Ha, już teraz się nie
dziwię, że tyle było "syfu" na ulicach. Kurcze, musieli przyjechać
ludzie
z całej Europy. Tak ok.14 rozpoczęła się kulminacja między Heumarkt a
Neumarkt. WIELKIE
ŚWIĘTO PEDAŁÓW, oto i całe zamieszanie. Przy okazji było mnóstwo policji,
ale pivo piło się
normalnie na ulicy. Można też było spotkać chyba "każdego" pojeba,
jakiego by sobie
człowiek wymarzył. Ohyda!
REN
Dziś postanowiłem sobie
zrobić wycieczkę, podobnie jak wczoraj. Dojechałem 152,a potem 1-ką
do Deutzer Fr. Potem już na piechotkę do Tanzbrunnen. Fajny park, ludzi sporo,
ale jak się
rozeszli, to nie było tak bardzo widać. No i Ren, jeszcze piękniejszy niż
wczoraj. Plaża,
kamienista niestety, ale i tam ma swój urok. Zszedłem sobie po schodkach na dół
z promenady.
Siadłem na pniaku, wyjąłem jabłuszko, westchnąłem: "Czemu nie ma tu
ze mną mojej kochanej
Perełki?" Ale jeszcze będzie i to trzyma mnie przy życiu.
Zlazłem kawał miasta na
piechotę, od Tanzbrunnen przez ZOO-Brücke, ZOO-Flora, Turiner Str.,
aż do HBF/Dom. Kolonię można oglądać z kolejki linowej. Przechodzi nad
Zoobrücke.
3,80 Euro --> i 5,50 Euro w obie strony, oto ceny biletów. Wstęp do ZOO -
10 Euro. Kurcze,
drogo!
DOM (Katedra)
Katedra jest naprawdę
imponująca.
Co mnie zaskoczyło - wstęp jest za friko!
Naprawdę robi wrażenie. Gdyby była ciemniejsza, tzn.
bez światła, to mogłaby posłużyć
za pierwowzór dla
tego animowanego filmu.
Około 15 byłem już padnięty.
Poczekałem na Deutzer Fr. na 7-kę i pojechałem do Porz Markt.
Tam kupiłem pivo w Imbisie (o dziwo był otwarty - pewnie dlatego, że prowadził
go Turek).
Potem jeszcze na piechotę do Im Falkenhorst, bo uciekł mi autobus. I jutro znów
do roboty.
Ale to chyba jednak dobrze. Tydzień szybciej zleci:)
***
Kurcze, a wczoraj było
naprawdę fajnie! Nawet nie chciało mi się tego wszystkiego opisywać,
bo z pewnością nie zapomnę. Cały dzień się wygłupialiśmy. Było tak wesoło,
że aż mi się nie
chciało w to wierzyć. A dziś? No jak na razie, to totalna klapa=( Przychodzę
do pracy. Thomas
siedzi sam. Taki cichy, jakiś kompletnie niedzisiejszy. Zupełnie nie wiem, co
jest grane.
Czyja to tak naprawdę wina. Ale co tam - poczekamy, zobaczymy. Może jeszcze
wszystko się
rozkręci...
No tak, tego się można było
spodziewać po Niemcach. Przyniosłem muzyczkę do biura -Evanescence.
Włączyłem. A Thomas: "No nie wiem, czy to jest muzyka, której powinno
się słuchać w biurze.
Być może będzie komuś przeszkadzać, jak wejdzie." Bez komentarza!
No cóż, dziś jest tak,
jak od początku przypuszczałem. Nie mam absolutnie nic do roboty.
Chłopaki wyglądają tak, jak by ktoś z nich powietrze spuścił. Zupełnie się
chyba wypalili
po wczorajszym. Normalnie KAPLICA do kwadratu! No i co tu robić? Jest dopiero
9'50". Jeszcze 6
godzin muszę posiedzieć. Thomas powiedział co prawda, że jakaś robota ma być
później, ale jak
na razie, to kiepsko to wygląda. Zupełnie nie rozumiem, czemu zdecydowali się
na mnie,
skoro było wiadomo, że jest tu jeszcze 3 AZUBI. Naprawdę, mam nadzieję, że
w PV
(Personalverwaltung - przyp. PS) będzie to jakoś lepiej wyglądało. Czas będzie
szybciej leciał.
Tak sobie pomyślałem wczoraj, że w sumie fajnie byłoby skompletować jakiś
barek, zanim
Karolina przyjedzie. Wieczorkiem się siądzie, wypije pivko, winko, jakiś
likierek albo
nawet wódeczkę. Winko też kurcze sobie kupiłem parę dni temu. Kosztowało
na PLN - 5,81, a
było naprawdę dobre. Warto by było tak więc, myślę sobie, coś skompletować.
Tak na marginesie, to ALDI-k
jest znacznie gorzej zaopatrzony. Nie mają nawet PIWA! Das ist
doch lächerlich, meine ich... Ale co robić. Takie życie, men=)
Godzina 10'07". Właśnie
powziąłem mocne postanowienie. Od tej chwili przestaję się przejmować
tym wszystkim. Po prostu pierdolę to, o! Praca pracą, ale życie musi toczyć
się dalej. Nie będę
teraz płakał przez jakąś Pepinghege albo jakieś niejasności w robocie. Co
to ma kurcze w końcu
znaczyć? Ich obowiązkiem jest wytłumaczyć mi wszystko. Skąd mam niby
wiedzieć, co w jaki sposób
się robi, hę? No więc właśnie. Jeszcze troszkę dni w tej pracy zostało,
ale nie będę oglądał
się za siebie. Co było, to było. Już coraz bliżej końca i niech to
podtrzymuje mnie na duchu.
Tschöö=)
Heja, heja. Śmieszna
sprawa. Jest godzina 8.32, a żadnego z AZUBI-ich nie ma jeszcze w pracy=)
Ciekawe czemu? Może dlatego, że mają dziś jakieś zajęcia czy coś takiego.
Ale wydawało mi się,
że mają raczej je zawsze po południu. Sam już nie wiem, jak to wszystko wygląda.
A co u mnie? Wczoraj mało
napisałem, bo i po co więcej? Nie ilość się liczy, ale jakość=)
Tego nauczyły mnie studia i tego się będę trzymał. Nie ma sensu rozpisywać
się zanadto,
jeśli nie ma ku temu wyraźnej potrzeby. Wczoraj było mnóstwo pracy do
zrobienia. Trzeba
posortować zaświadczenia o udziale w seminariach szko9leniowych, bo ten, kto
był tu przed
nami, najwyraźniej nie sprostał wyzwaniu. Cholera, roboty jest sporo, bo ludzie
przychodzą
na te seminaria z całych Niemiec. Ciężka sprawa. Po wyjściu z roboty czułem
się nienajlepiej.
Czas tka wolno płynie bez
Ciebie, Ukochana. Czemu nie ma Cię tu przy mnie? Wiedziałem, iż to
z pewnością będzie ciężka próba, ale nie przypuszczałem, że aż tak ciężka.
Wieczory są okropne!
Piwo, telewizja, po raz kolejny kolacja w samotności. Ile jeszcze? Tak, czasami
potrzebuję być
sam, ale z pewnością nie teraz, gdy otaczają mnie ludzie z kompletnie innego
świata. Bo to jest
inny świat! Niby kilkaset kilometrów stąd, lecz to zupełnie nowy ład=)
Karlheinz Mahler, mój szef,
jest naprawdę w porzo. Zabrał mnie we wtorek na piwo i na spacerek
po starym mieście. Było bardzo przyjemnie. Przez chwilę zacząłem się
obawiać, że aż
zanadto. Lecz okazało się, iż wszystko OK. Chciał być po prostu uprzejmy i
pokazać mi trochę
miasto. Udało mu się, muszę przyznać. Sporo kasy na mnie wydał.
PIWO
Piwo podają tutaj w małych
200 ml szklankach. Byłem ciekawy, czemu tak to wygląda. Wg Mahlera
chodzi o to, aby piwo się zbyt szybko nie ogrzało... Ciekawa sprawa. Dzięki
temu można
wypić 3 piwka i luz. Nawet się w głowie nie zakręci. Jednak to mniej więcej
tyle, co jedno duże
piwo, a ceny są (przynajmniej dla mnie=) horrendalnie wysokie! 1,35 Euro za małe
piwo.
To prawie 6 peelenów! Nigdy w życiu nie dałbym w Polsce tyle za takie piwo.
Było dobre,
owszem nie powiem, ale Heineken np. za 4 złote w butelce 0,65 tez nie jest
najgorszy.
Kölsch wysiada...






Słyszę, że ktoś właśnie
przyszedł do roboty. Już palą fajki. To może czasem wkurzyć, bo
niekoniecznie zawsze muszę mieć ochotę, aby wąchać ten zapach, no nie? A tu
nie ma rady.
Wczoraj do pokoju wpakowało się troje AZUBICH i każdy jarał. Było gorzej niż
w piwiarni...
CDN>